Blog

27.04.2022 Autor: Bartosz Cheda

Trzy filary wystąpień publicznych

Komponentów składających się na dobre wystąpienie publiczne jest więcej niż na pierwszy rzut oka można przypuszczać. Słuchacze – świadomie lub nie – oceniają nie tylko merytoryczną zawartość wystąpienia, ale także jego kompozycję, tempo, gestykulację mówcy, jego postawę na scenie, ubiór i wiele innych elementów. W tym tekście skupię się na trzech aspektach, wybranych może nie jako obiektywnie najważniejsze – ale bez wątpienia warte uwagi.

Po pierwsze – poprawna polszczyzna

Profesor Jerzy Bralczyk przekonywał, że język nigdy nie ubożeje, bo cały czas pojawiają się w nim nowe wyrazy, powiększając jego wielowiekowe dziedzictwo. Ubożeć może natomiast nasza mowa – i dlatego warto dbać o to, by była wolna od błędów, a bogata w różnorodne środki wyrazu. Nasz wokabularz i rozpiętość stosowanych zabiegów stylistycznych będą oczywiście różniły się w zależności od tego, o czym i do kogo mówimy, ale każdy mówca powinien pamiętać, że idziemy po „linii najmniejszego oporu” (a nie „najmniejszej linii oporu”), że „spadać w dół” i „cofnąć się do tyłu” to niedopuszczalne pleonazmy, no i wreszcie – że nie wolno niczego „włanczać” ani „wziąść”. Pamiętajmy przy tym, że popularna forma „widzicie państwo” jest uznawana za raczej potoczną i w najbardziej formalnych sytuacjach należy stosować 3. osobę: państwo widzą, słyszą, rozumieją… (albo nie).

Jeśli chcemy wywrzeć naprawdę erudycyjne wrażenie – zadbajmy o prawidłowe akcentowanie. W języku polskim akcent z reguły pada na drugą sylabę od końca, są jednak przypadki, w którym akcentujemy trzecią od końca – jest to tzw. akcent proparoksytoniczny (choć sama znajomość tego niszowego  terminu nie czyni z nas intelektualisty). A zatem mówimy: MUzyka (a nie muZYka) czy reTOryka (a nie retoRYka). Zasada ta obowiązuje również w 1. i 2. osobie liczby mnogiej czasu przeszłego: pojeCHAliśmy (a nie: pojechaLIŚmy), sprząTAliście (a nie: sprzątaLIŚcie – wszak sprząta liście to dozorca jesienią).

Moim zdaniem szczególną uwagę należy zwrócić na anglicyzmy, które zajmują coraz więcej przestrzeni w debacie publicznej. O ile niektóre – zwłaszcza specjalistyczne – wyrażenia nie wymagają tłumaczenia i w gronie ekspertów w danej dziedzinie są wręcz lepiej zrozumiałe po angielsku niż po polsku (np. SLBM – Submarine-Launched Ballistic Missiles), o tyle kalki językowe pokroju „na koniec dnia” uważam za zbędne. Wyjątkiem są, rzecz jasna, sytuacje, w których używamy owych kalek celowo i ironicznie – jako świadomy zabieg stylistyczny.

Po drugie – gestykulacja i postawa

Każdy, kto kiedykolwiek występował publicznie, wie, że uspokojenie dłoni może stanowić poważny problem. A to tylko przykład – wygłoszenie mowy ze sceny może sprawić, że całe nasze ciało odmówi posłuszeństwa.

Aby sobie z tym poradzić, warto opanować kilka „postaw podstawowych” – stanąć przed lustrem albo nagrać samego siebie i ocenić, w jakich pozach wyglądamy dobrze, a w jakich niekoniecznie; jakie ułożenie dłoni jest dla nas komfortowe, a z jakim czujemy się sztucznie. Czy nie bujamy się w przód i w tył w trakcie ćwiczebnego wystąpienia? Czy nasze nogi są rozstawione wystarczająco szeroko, by zapewnić stabilność? I wreszcie – czy zamierzamy stać w miejscu, czy też przechadzać się po scenie, a jeśli to drugie: w jaki sposób i z jaką częstotliwością. Udzielając sobie odpowiedzi na powyższe pytania, zabezpieczamy swój komfort na scenie – idealnie jest, gdy mamy możliwość przeprowadzenia próby dokładnie w tym miejscu, w którym mamy występować, ale większość mówców da sobie radę i bez tego.

To samo tyczy się gestów. Przekonanie o tym, że za 90% ogólnego przekazu komunikacyjnego odpowiada mowa ciała można co prawda włożyć między bajki, ale gesty nierzadko stanowią idealne dopełnienie słów. Pokażmy tendencję wzrostową na wykresie przy użyciu palca, albo „ważąc” prawą i lewą dłoń zaakcentujmy różnice między dwiema stronami sporu. Możemy też pokusić się o użycie rekwizytów – często najlepiej sprawdzają się te najprostsze, jak długopis, banknot czy telefon, ponieważ są uniwersalne symbolicznie, a przy tym wszystkim znane. Zawsze obowiązuje jednak reguła umiarkowania: żaden zabieg stylistyczny (i żaden widz) nie lubi przesady.

Po trzecie – dykcja i emisja głosu

Nawet najbardziej rafinowana mowa nie zda egzaminu, jeżeli publika będzie miała kłopoty z jej usłyszeniem – i nie mówię tu o nagłośnieniu, a o emisji własnego głosu. Jest to element, o którym należy pamiętać nie tylko tuż przed wystąpieniem (mam na myśli rozgrzewkę głosową), ale także na co dzień.

Konsultacja logopedyczna wydaje mi się dobrym pomysłem nawet dla osób, które wysoko oceniają własną dykcję i sprawność swojego aparatu mowy. Niezależnie od tego, czy występujemy sporadycznie, czy też planujemy prowadzenie podcastu albo audycji radiowej – sięgnijmy po pomoc profesjonalisty. Praktycznie u każdego mówcy znajdzie się coś do poprawy – choć czasem będzie to drobiazg, a czasem sprawa natury fundamentalnej. 

Istnieje bardzo wiele ćwiczeń, które pozwolą nam „rozruszać” aparat mowy tuż przed wystąpieniem, jak i takich, które zadbają np. o naszą przeponę pomiędzy wystąpieniami. Warto sporządzić listę takich ćwiczeń i praktykować je regularnie – a następnie obserwować postępy. Po dłuższej praktyce możemy odkryć w sobie zupełnie zaskakujące umiejętności wokalne. Pamiętajmy, że takie głosowe legendy, jak Ksawery Jasieński, Tomasz Knapik czy Łukasz „Knopek” Konopka zawdzięczają swoje charakterystyczne brzmienie przede wszystkim żmudnym treningom. I choć nie każdy chce osiągnąć poziom lektora filmowego – to warto próbować.

Na koniec mały dodatek: wiadomo, że kompozycja oparta na doskonałości trójcy jest bardzo chętnie stosowana – nawet przeze mnie w tym tekście. Mówiłem bowiem o trzech filarach wystąpień publicznych, ubierając każdy z nich w trzy akapity. Taka liczba komponentów w wypowiedzi automatycznie wydaje się nam najlogiczniejsza i najpełniejsza – choć równie dobrze brzmią złożenia dwuskładnikowe („Północ-Południe”; „pomagamy i chronimy”). Zabiegiem, który sam lubię stosować, jest przełamanie tego schematu, do którego wszyscy jesteśmy ze wszech miar przyzwyczajeni. Dlaczego? Bo to jest po prostu ciekawe, przyciąga uwagę, zaskakuje słuchaczy… a także daje satysfakcję samemu mówcy.

 

Bartosz Cheda